czwartek, 3 kwietnia 2014

Model spacerowy wali kilometry

Dziś od rana desperacko próbowałam umówić chłopców do naszej pediatry, która powróciła do przychodni po kilkutygodniowej nieobecności. Jakoś tak się złożyło, że jej kilkutygodniową nieobecność nałożyła się na również kilkutygodniową chorobę naprzemienną moich latorośli... Po stutysięcznym telefonie (dziewięćdziesiąt dziewięć tysięcy dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć razy oczywiście linia zajęta...) udało mi się dodzwonić i wyprosić miłą panią, żeby nas dopisała dodatkowo. I wpadłam na świetny pomysł, że - w związku z piękną wiosenną pogodą - pomknę do przychodni turkusowym wehikułem, żeby dzieć sobie pospał troszkę, a nie tylko 15 minut w aucie przed wizytą. O, sprawdzę, ile to kilometrów. Cztery.
No taka wycieczka.
Poszliśmy więc sobie, w towarzystwie uroczej Hani i jej mamy Moniki, a małżonek z Synem numer 1 miał już czekać na miejscu. Czekał. A razem z nim jeszcze jakieś siedmioro innych dzieci. WTF? Wszyscy teraz chorują? Daliśmy sobie spokój, nie było sensu czekać z dwójką dzieci, bez gwarancji, że zostaniemy przyjęci, w końcu byliśmy zapisani dodatkowo.
I wtedy to narodził się pomysł powrotu wózkiem (małż zabrał przezornie fotelik. No dobra, nie przezornie, musiał się po niego wracać, bo oczywiście to było za dużo do ogarnięcia i zapomniał ;) ). Razem z Monią postanowiłyśmy wrócić drugą stroną, przez Iwiny... to kolejne 4 ka-emy.

Nie ma co. Doszłam. Niko ani nie drgnął, spał 3 godziny, zadowolony chyba z wycieczki, przykurzony nieco, bo wertepami się wybrałyśmy. Nogi mi wchodzą do d.py teraz, ale mogę za to na jakimś forum o wózkach zachwalać pod niebiosa resory turkusowego Tutka, który super dał radę.

Mój syn to model spacerowy, nie ma wątpliwości. W domu dwie drzemki po 20 minut, a w terenie tiry mu nie straszne, w poważaniu ma pociągi i koparki budujące wschodnią obwodnicę Wrocławia. A matka trzaska kilometry. I może mi to w d.pę pójdzie. Tzn. wyjdzie jej na dobre ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz